Było jakoś przed 5. Operacja na 9.. jeszcze tyle godzin! Marcin zasypiał na stojąco. Ja byłam podekscytowana bólami więc spać mi się nie chciało. Przeżywałam to, że nie mam pojedynczej sali. Kiedy wchodziliśmy na oddział jakaś dziewczyna rodziła, miała 10 cm i zero postępów.. w końcu zawieźli ją na salę operacyjną.. Okazało się, że to moja współlokatorka i zaraz do naszego pokoju wjechała malusieńka Gabrysia :) niedługo potem zawołała mnie jakaś pielęgniarka, że zakładamy cewnik.. ale że to już!??! była 5:30. Nie spodziewałam się tego. Lało się ze mnie nadal. Zakładanie cewnika niezwykle nieprzyjemne. Szkoda, że nie robią tego po znieczuleniu. Chodziłam chwilę z workiem i zaraz zawieźli mnie na łóżku do sali.. jakiejś innej sali, gdzie jeszcze nigdy nie robili operacji. Ale, że ta właściwa jeszcze nie została sprzątnięta po poprzedniej pacjentce to przenosili w wielkich nerwach cały sprzęt.. A co się kur# przy tym nasłuchałam.. Anestezjolog był niesamowicie wnerwiony całą sytuacją.. nie mógł się wkłuć w kręgosłup. Krzyczał o kocim grzbiecie.. wszyscy latają, szukają czegoś, podłączają mnie do czegoś, coś zapomnieli włączyć, coś mi przyklejają... Ogólnie WIELKA ROZPIERDUCHA. Próbowałam żartować.. ale w środku byłam przerażona. Za czwartym razem w końcu mi się wkłuł, kazał się położyć na stole, na którym się ledwo mieściłam, rękę musiałam trzymać pod tyłkiem bo nie było na nią miejsca. Uczucie rozcinania... szarpania.. chirurg coś mówi, że w środku jest wszystko ponadrywane, macica naderwana.. gdybym rodziła naturalnie pewnie by pękła i dziecko urodziło by się do brzucha.. Jestem ciekawa Kto z niego wyjdzie.. Nastawiam się na dziewczynkę. Widzę w suficie, że już wyciągają Pytam KTO? Chłopak! A to niespodzianka.. mówię.. ojejku! Synek.. zabierają go od razu :( Lilę dali mi do pocałowania po wyjściu.. smutno mi. Ciągle patrze na drzwi, gdzie słyszę jego płacz. Strasznie długo to trwa.. urodzony o 6:05... wydawało mi się, że czekałam pół godziny aż mi go w końcu pokażą.. Pokazali, tylko buziak i znowu zabrany :( ból....
To największy minus cc.. zabierają malucha.. i nie masz jak go uspokoić.. nie możesz mu powiedzieć, że jesteś przy nim.. nie można dać piersi.. nie można całować.. tylko szturchają go, tarmoszą wycierają.. to nie tak powinno wyglądać..
Łączna liczba wyświetleń
niedziela, 29 czerwca 2014
wtorek, 3 czerwca 2014
Rozwiązanie
No i nastał ten czas.. W piątek 23 maja byliśmy na ktg u Malarkiewicza.. po konsultacji z niezbyt zainteresowanym lekarzem już kompletnie zgłupieliśmy czy mam czekać na poród sn czy cesarkę.. data umówiona. Jutro godz. 9. W między czasie pożarliśmy się potwornie, zrobiłam sobie spacer speed żeby nie pozabijać wszystkich dookoła, byłam zdenerwowana okrutnie. Poszliśmy spać bez słowa. Nie mogłam zasnąć. Poszłam do toalety, położyłam się.. a tu czuje.. MOKRO! Północ. Budzę Marcina, mówię, że mi wody odeszły. A on na to, czy może się nie posiusiałam.. wstałam, powiedziałam mamie. No wyraźnie coś ze mnie kapało. Potem zaczęły się bóle jak przy miesiączce. Co 7 minut, potem co 5, 4. Zadzwoniłam do szpitala, kazali przyjeżdżać. Na miejscu zalewam podłogę, niestety nie ma żadnego postępu. To pierwsza faza, która może trwać w nieskończoność. Ciśnienie oczywiście skoczyło.. Kazali się rozpakować w pokoju.. niestety dwójka..
Z racji ciśnienia i nadal dłuuugiej szyjki zaproponowali, żebym jednak zdecydowała się na cesarkę. No cóż.. chociaż wody mi odeszły, więc już nie jestem taka najgorsza... cdn
środa, 21 maja 2014
Czekając na cud..
2 dni po drugim terminie.. rozwarcie na palec, dłuuuga i twarda szyjka.. Nic nie wskazuje na rychły poród. Pojechaliśmy najpierw do lekarza na badania, potem do Malarkiewicza na ktg. No i tam położna po konsultacji z jakimś lekarzem zaproponowała cesarkę.. na jutro.
...................................................................................................................
Boże.. poprosiliśmy o późniejszy termin.. chociaż na sobotę a nie czwartek. Zgodzili się. Smutek.. Znowu nie urodzę.. beznadziejna jestem.. Marcinek zabrał mnie na spacer wokół jeziora, trochę się tym uspokoiłam. Ale w domu i tak ryknęłam płaczem.. i tak płaczę do teraz. Myślę sobie, żeby zapytać czy jeszcze można poczekać. Chociaż do poniedziałku.. Może coś się zacznie dziać. Nie wiem.. może taka wola Boża, że mam nie rodzić naturalnie bo... coś. Ale chcę jeszcze poczekać na cud.. Wierzę.. ostatkiem sił.. ale wierzę.
niedziela, 18 maja 2014
Nocnikowanie :)
Od tygodnia nasza Lila korzysta regularnie z nocnika!!! Myślałam, że to potrwa dłużej i szlag mnie zawsze trafiał jak znajdowałam kupę w pieluszce i miałam wrażenie, że to się nigdy nie skończy.. a tu proszę. Córa stanęła na wysokości zadania i załapała raz dwa! Nie wiem ie to potrwa.. czy to taki okres przejściowy, czy to już na stałe ale cieszymy się tym co jest.
Tak więc któregoś dnia.. chyba w poniedziałek 12.05 kiedy mężu był na służbie postanowiłam, że zdejmujemy pieluchę. No i zaraz były zasikane spodnie. No nic. Następna para.. to samo.. gadka, szmatka o nocniku, o zdejmowaniu spodni i o nagrodach! :) Kupiłam w Biedronce takie mini żelki haribo za 30gr sztuka i powkładałam do szuflady. Odbył się wykład w kuchni przy owej szufladzie, że jak Lusia zrobi coś do nocniczka to będzie mogła sobie wybrać jedną paczuszkę. Oczywiście wyjęła wszystkie na raz i chodziła z nimi, co chwilę siadając na nocniku i sprawdzając czy coś tam jest.. A że ona pije znikome ilości więc i sików nie było.. No ale w końcu się doczekałyśmy. Było wielkie brawo, były trochę zasikane spodenki, był taniec radości no i najważniejsze.. było mniam mniam :) Tego dnia do prania poszło 6 par spodni.. ale sukces był. Kilka "jedyneczek" i "dwójeczka" wylądowały w nocniku.
Od tamtego dnia rano pieluszka jest zdejmowana, siuśki i grubsze sprawy lądują do nocnika... chociaż mokrych spodenek jeszcze się nie da uniknąć to i tak jesteśmy dumni z tej Krówki, że woła, wstrzymuje, sama się rozbiera, siusia, wyciera pupkę i ubiera, bije brawo a potem leci po nagrodę :)
A co do nagród.. zmniejszyliśmy ilość słodkości.. popakowałam w woreczki różne smakołyki: np. 5 pistacji, kostkę gorzkiej czekolady, jeden kawałek gumy rozpuszczalnej frutti czy jakoś tak.. No i Lilka sobie wybiera co tam chce. Nie zawsze ma ochotę i nie zawsze pamięta o nagrodzie. Chyba czasem wystarczy jej po prostu bardzo uroczyste BRAWO i wielkie oklaski rodziców... Dzidzia staje się dużą i samodzielną dziewczynką.. Zachwycające to..
czwartek, 8 maja 2014
Termin na dziś
Jak się okazało dzisiejszy termin porodu jest na pewno nieprawidłowy. Bardziej prawdopodobny jest 22 maja.. więc jeszcze trochę. Bardzo się bałam, że dzidziuś i ja do tego czasu będziemy ogromni.. ale dziś na badaniu wyszło, że maluch waży ok 3100 więc nie jest najgorzej. Nie zostało nam nic prócz czekania. A ja tak bardzo chciałabym już..
sobota, 3 maja 2014
Skurcze przepowiadające
Już mam ich dość. Boli mnie często kręgosłup, nie mocno ale regularnie.. I ciągle mam nadzieje, że to już, że to już niedługo.. A ten czas mija i mija i nic się nie zapowiada na finał :( A ja bym chciała już. Nie wchodzę nawet na wagę, bo strach mnie ogarnia na myśl co tam zobaczę. Na basen strach chodzić, bo coś się może zacząć.. Tak więc czekamy.
Lila ma już swój pokój skończony, łóżeczko z nowym materacem dla Dzidziusia czeka w sypialni, szafa wnękowa zrobiona.. i właśnie czuje kolejny ból kręgosłupa. Nie liczę nawet czy regularne, tylko czekam na jakieś spektakularne cierpienie. Wtedy to będzie znak, że TO JUŻ.
piątek, 25 kwietnia 2014
Koleżanki rodzą!
Ależ się dzieje.. po krótce. U nas dzidziuś dalej głowa w dół. W Niedziele Zmartwychwstania wylądowaliśmy w szpitalu bo mi się ze schodów spadło ale skończyło się dzięki Bogu na skręconej kostce. Z maleństwem wszystko w porządku i wcale nie wybiera się na świat zewnętrzny.
We wtorek chyba powiedziałam Goro, że to już nie czas na odpoczynek i czas najwyższy zacząć się ruszać. Paulina miała zagrożoną ciążę, przez co cały czas leżała.. No i jak się zaczęła ruszać, tak w nocy zaczęła rodzić i wylądowali w Malarkiewiczu. Namęczyła się okrutnie, bo próbowała rodzić ponad 24 godziny i w końcu mały Tomuś tak się obkręcił, że nie mógł się wydostać. No i finał był niestety na stole operacyjnym :( No ale grunt że się wszystko dobrze skończyło.
Dziś koleżanka ma termin. A z cukrzycą to się trzeba spieszyć z porodem, no ale jej małej się nie spieszy. Więc po badaniach dostała skierowanie na izbę przyjęć no i będą czekać. A jak się nie doczekają, to też ją czeka stół :( ach te cesarki..
Ja natomiast dziś poczułam pierwsze skurcze. Takie krzyżowe. Było ich kilka i niezbyt bolały. Zobaczymy co dalej. A oprócz tego Lilunia dziś przeżywa swoją pierwszą noc w nowym łóżku. Ciekawe jak będzie jej się spało. Bo ostatnio to jest znowu lipa ze spaniem.. Muszę powstawiać więcej zdjęć.....
środa, 16 kwietnia 2014
Depresja 37. tygodnia ciąży
Mam dość!
o
i na tym mógłby się skończyć ten post..
ale muszę się wyżalić.
Na dzisiejszym USG wyszło, że jednak dzidziuś jest prawidłowo ułożony, głowa w dół, tyłek w górze no i co? No i kolejna szansa na poród naturalny! Ba! Nawet lekarz powiedział, że jak będzie położenie miednicowe to nie jest to wskazanie do cc.. A to dziwy. Już nie wiedziałam czy mam się cieszyć, bo przecież skoro maluch przekręcił się w 37 tygodniu, to i może się przekręcić w 38 i znowu będzie decyzja o cc. Tak więc nie wiem co mam myśleć, nie wiem co mam czuć, nie wiem na co się nastawiać a tak ogólnie to już mi się nie chce dumać o ciąży i o porodzie.
Płakać mi się chce i tyle.
Płakać mi się chce i tyle.
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Lila w kościele
Do dziś, każde wyjście do kościoła było dla nas wielką radością. Lila czuje się tam bardzo swobodnie, przeważnie siedzi sobie na schodach przy ołtarzu i tam sobie patrzy na wszystkich strojąc różne miny a czasem przybiega do nas, klepie po nogach i wraca na schody. Nam msze mijają ekspresowo, bo Lusia sprawia, że ciągle jesteśmy nią zajęci, ludzie się do nas i do niej uśmiechają, teoretyczni,e wszyscy są zadowoleni. Ciotki, koleżanki podziwiają ją, że jest taka spokojna i nie krzyczy, i nie marudzi, i nie biega, i nie chodzi po całym kościele.
Aż tu dzisiaj, z okazji Wielkiego Tygodnia postanowiłam iść sama z Lilą na mszę w ciągu dnia, na której jest przeważnie jakieś 10 osób. Jak zwykle mała siedziała sobie na schodach. W trakcie modlitwy wiernych zaczęła sobie tupać nogą.. ksiądz przerwał modlitwę i z pełną powagą spytał jak córka ma na imię i poprosił ją o nie stukanie. Wcięło mnie. Zebrało mi się na płacz.. No ale nic. W końcu nic takiego się nie stało. Po mszy, jak już wszyscy wyszli, ja ubieram Lusię do wyjścia, podszedł do nas proboszcz i powiedział, że to już czas nauczyć dziecko jak ma się zachowywać w kościele (rok i 10 m-cy) i że takie jej chodzenie przeszkadza starszym paniom a on się nie może skupić...................................
Gardło ściśnięte, zaniemówiłam.. porównywał jeszcze ją do jakichś dwóch diablic, które kiedyś wariowały po kościele... Nie mogłam ogarnąć o co mu chodzi. Ksiądz, który jest tak przyjazny dzieciom, który zawsze zagaduje....
Jak tylko wyszłam wybuchnęłam płaczem.. Co mam robić? Nie chodzić do kościoła? Trzymać Lilę na rękach przez całą mszę? Męczyć ją uspokajaniem? Tylko co tu uspokajać.. Zawiodłam się..
sobota, 12 kwietnia 2014
Niechciane planowane cesarskie cięcie
Smutek, płacz, nostalgia.. rozmyślanie dlaczego..
Wczoraj na wizycie priv. doktor zobaczył, że dzidziuś jest nadal ułożony miednicowo, a co więcej, ma zrobione szelki z pępowiny co prawdopodobnie uniemożliwia mu przekręcenie.. Także nie ma szans ani na przekręcenie samoistne, a ni na przekręcenie za pomocą lekarza ani na poród siłami natury.. o którym marzę.. Łza mi spłynęła w gabinecie. Moje marzenia po raz drugi legły. Wszyscy mówią, nie ważne jak, ważne żeby się zdrowe urodziło. Jednak dla mnie mimo wszystko ważne jest w jaki sposób przyjdzie na świat i jak ja się po tym fakcie będę czuła. Ostatnia cesarka była przeżyciem dramatycznym i wszystko co działo się po niej było jeszcze gorsze.
Przynajmniej teraz nie mam za złe dzidziusiowi, że się nie chce przekręcić.. może bardzo chce a nie może. I na darmo moje zmywanie podłogi, pływanie żabką i ćwiczenia na piłce.. chociaż szczerze.. mam jeszcze odrobinkę nadziei, że może jednak się uda. No ale.. Twoja wola Panie Boże. Niech będzie co ma być. Zaraz po świętach idziemy się umówić na termin porodu. A do tej pory pozostaje mi się modlić.
niedziela, 6 kwietnia 2014
Angina
Po 3 pobraniach krwi, około 6 godzinach spędzonych w przychodni i drugie tyle spędzone w samochodzie przemieszczając się z domu do przychodni, z przychodni do laboratorium, z laboratorium do przychodni i z przychodni do domu... w końcu zapadła diagnoza. ANGINA. Ucieszyliśmy się że po trzech dniach już wiadomo o co chodzi.. tylko najgorsze było przed nami. Zaczęły się wymioty, gorączka prawie 40 st... stres, nerwy, wymęczenie.. dziś mija 6 doba gorączkowania, 3 doba na antybiotyku.. i nie widać żadnej poprawy. Żal mi naszej krówki.. Dobrze, że Marcinek był w domu przez te wszystkie dni.. Ma cudowną pracę. Najlepszą jaką można sobie wymarzyć dla rodziny..
wtorek, 1 kwietnia 2014
Gorączka :(
Lila obudziła mnie w nocy, wstałam, żeby podać smoczka. Pogłaskałam ją.. a tu ogień. Całe czoło rozpalone, szyja mokra i taki ciężki oddech :( Termometr wykazał 38.2. DLACZEGO? JAK? W dzień było wszystko w porządku, może po balkonie.. trochę wiało, Lusia nie miała szalika. Przestraszyłam się. Dałam ibum w syropku, wszystko wypiła, spytałam czy chce spać z mamą.. powiedziała nie, przytuliła się do lali i przysnęła.. Jednak za pół godziny już była
u mnie w łóżku. Biedactwo rozpalone, nie mogła sobie znaleźć miejsca, kręciła się do ok. 4... Rano obudziła się
z płaczem. Po popołudniowej wizycie u nowego lekarza nic nie wyszło. Żadnych innych objawów prócz gorączki. Jutro jedziemy pobrać krew, może to coś pokaże.
A tymczasem Lilka, popłakuje co chwilę ze swojego łóżeczka, przytulona do lali :(
u mnie w łóżku. Biedactwo rozpalone, nie mogła sobie znaleźć miejsca, kręciła się do ok. 4... Rano obudziła się
z płaczem. Po popołudniowej wizycie u nowego lekarza nic nie wyszło. Żadnych innych objawów prócz gorączki. Jutro jedziemy pobrać krew, może to coś pokaże.
A tymczasem Lilka, popłakuje co chwilę ze swojego łóżeczka, przytulona do lali :(
piątek, 28 marca 2014
34. tydzień stanu błogosławionego
Byliśmy dziś na wizycie u prywatnego gina. Pojechaliśmy tam w sumie tylko po to, żeby nam nagrał płytkę i porobił kilka zdjęć Dzidziusiowi w 3D. Pierwsze jego słowa podczas badania.. "główkę mamy na górze". COO?!?!??!?!? PRZECIEŻ 2 TYGODNIE TEMU BYŁA NA DOLE!! Załamałam się. To już 34. tydzień.. coraz mniejsze szanse na ponowne przekręcenie.. Łzy w oczach, ścisk w gardle.. i już nic mnie nie interesowało. Nawet specjalnie nie cieszyłam się widokiem na monitorze.. za 2 tygodnie kolejna wizyta.. jak wtedy się nie przekręci to już się można umawiać na cc... przeklęte cc.
Kiedy tylko wyszliśmy zaczęłam płakać.. Już nigdzie nie zajeżdżaliśmy.. Chciałam być w domu.. i tak od 14 do 18 płakałam.. myśląc o poprzednim potwornym cc.. o tym, że nie będzie mnie w domu 4 dni, że będzie bolało jak cholera przez 2 miesiące, że znowu nie poczuje bóli porodowych.. że nie dam rady urodzić naturalnie.
Rozczarowanie, smutek, brak nadziei.. wszyscy pocieszają, że będzie dobrze.. co za głupi zwyczaj. Może i będzie. Może i się przekręci.. Wtedy się będę cieszyć. Jak na razie nie mam z czego.
sobota, 22 marca 2014
Plac zabaw
Dzień z Lilą.. Mamy takie dni ok 3 razy w tygodniu, kiedy Tata idzie na 24 do pracy. Przeważnie jest to dzień poważnie wyczerpujący.. fizycznie i psychicznie. A od kiedy brzusio uniemożliwia 300 krotne schylanie w ciągu dnia jest jeszcze gorzej. Dziś po oczywiście przepłakanej nocy poranek zaczął się z uśmiechem.. Potem drzemka.. przełomowa! Prawie 3 godzinna! Ja też skorzystałam :) Różnicę czuć od razu.. Potem obiadek i w końcu zdecydowałam się na spacer. Nie byłam z nią sama na dworze od jakichś 2 miesięcy.. pamiętam, że jeszcze był śnieg. Najtrudniejsze ubieranie.. Siebie i Lili w jednym czasie. A jak już ma się wszystko na sobie to tylko czuć.. gilgotanie na plecach.. to krople potu które sobie fikuśnie spływają. Na szczęście córka widziała me zmęczenie i postanowiła sama zejść ze schodów! Dzięki jej za to! Chociaż chyba ja się bardziej napociłam ze stresu, że zleci niż bym ją miała znosić z tego naszego 3.piętra.
Poszłyśmy na plac zabaw.. Nie mogłam uwierzyć, że nasza córcia już jest na tyle duża, że sama potrafi wspiąć się na zjeżdżalnie!
Jakoś nie mogę tego pojąć. Kiedy to maleństwo zawinięte w kocyk, nie potrafiące utrzymać główki, nagle stało się takim.. bawiącym się na placu zabaw dzieckiem?! Bałam się że spadnie, że jej się pośliźnie noga, że straci równowagę.. Pierwsze 10 wejść ją asekurowałam.. ale potem stwierdziłam, że lepiej chyba robić zdjęcia. I jak to stwierdziłam, to Lusia zjeżdżając, wylądowała buźką w piachu. Ale potem były śmiechy i dalsza zabawa :)
Było pięknie.. Trzeba korzystać z wiosny i z tego, że jesteśmy jeszcze tylko dla niej..
Poszłyśmy na plac zabaw.. Nie mogłam uwierzyć, że nasza córcia już jest na tyle duża, że sama potrafi wspiąć się na zjeżdżalnie!
Jakoś nie mogę tego pojąć. Kiedy to maleństwo zawinięte w kocyk, nie potrafiące utrzymać główki, nagle stało się takim.. bawiącym się na placu zabaw dzieckiem?! Bałam się że spadnie, że jej się pośliźnie noga, że straci równowagę.. Pierwsze 10 wejść ją asekurowałam.. ale potem stwierdziłam, że lepiej chyba robić zdjęcia. I jak to stwierdziłam, to Lusia zjeżdżając, wylądowała buźką w piachu. Ale potem były śmiechy i dalsza zabawa :)
Było pięknie.. Trzeba korzystać z wiosny i z tego, że jesteśmy jeszcze tylko dla niej..
wtorek, 18 marca 2014
Trudne sprawy
Wypisaliśmy Lilę z przychodni.. już dawno chciałam to zrobić. Pani doktorowa kilka razy w ciągu pierwszego roku życia przepisywała antybiotyk.. i jak to ona mówiła "to na wszelki wypadek". Nie cierpię takiego podejścia! Truje się malutki organizm ot tak. Antybiotyków i tak nie dawaliśmy ale samo podejście.. brrrr... Młode babsko a głupie.. No ale cóż. Przenieśliśmy córę do mojej pediatry. Oddaję w okienku rejestracyjnym kartę szczepień, a tam starsza pani byczym wzrokiem spogląda na mnie spod grubych okularów.. A CO TO MA BYĆ? DLACZEGO PANI NIE SZCZEPI? NIE MA OŚWIADCZENIA? To jest niewyjaśniona sytuacja, muszę porozmawiać z panią doktor. Wróciłam za jakiś czas, oznajmiłam, że oświadczenie z rezygnacji z ostatniej szczepionki (błonica, krztusiec, tężec, polio i hib- swoją drogą dużo tego cholerstwa jak na jeden raz..) napiszę sama, nie korzystając z gotowych oświadczeń, które zapewniają, że zostałam poinformowana o WSZYSTKICH konsekwencjach i że udzielono mi wyczerpujących odpowiedzi na moje pytania, podczas gdy żadna rozmowa z rezygnującym rodzicem nie jest przeprowadzana..
Nie wiem jaka będzie reakcja personelu, gdy będę rezygnować ze wszystkich szczepionek z kolejnym dzidziusiem.. Trochę się boję. Mężu nie jest przekonany.. ja go też nie chcę przekonywać, bo nad tym tematem trzeba po prostu posiedzieć i poczytać. Strach będzie jak nie będziemy szczepić i jak zaszczepimy.. Nie wiem co gorsze. Czy NOP czy te wszystkie choroby..
poniedziałek, 17 marca 2014
Oj niedobrze..
Rozchorowałam się.. Na zakończenie mojej pracy w szkole.. 2 dni przed planowanym pójściem na zwolnienie. W końcu 32. tydzień to już czas najwyższy, chociaż myślałam, że pociągnę dłużej.. Zaczęło się od bólu gardła. Zaglądam a tam bordowo.. czyli dobrze nie jest. Myślę sobie "jutro ostatni dzień, ostatnie 7 godzin pracy i jakoś to będzie". Obudziłam się i......... CISZA. Nic nie mogłam powiedzieć. Nieciekawie, zwłaszcza że miałam przed sobą 4 lekcje.. Ale sprawdziło się to, że im ciszej mówi nauczyciel tym dzieci uważniej słuchają. Po pracy zajechałam do przychodni, gdzie przede mną było 8 osób.. Po 40 minutach 6 osób. Nie miałam na to siły. Podziękowałam pielęgniarce i chciałam wyjść, jednak pani się zlitowała, pobiegła do pani dr i powiedziała, że wchodzę następna. Mina wszystkich niezadowolonych i szmerających pacjentów.. bezcenna! Wizyta trwała 4 minuty. Diagnoza: zapalenie krtani, antybiotyk.. Myślałam, że na bólu gardła się skończy, jednak w następne dni doszedł katar, zawalone gardło, kaszel, ból w piersiach.. Boję się, żeby to nie było zapalenie oskrzeli..
Wiele osób mówi: myśl pozytywnie, jesteś zdrowa, nie masz kaszlu, jesteś zdrowa, jesteś silna, katar ustępuje, jesteś zdrowa.. Dla mnie to new age'owskie praktyki.. jakieś dziwne otumanianie organizmu.. Nie twierdze, że nieskuteczne, ale chyba wolę się pomodlić o zdrowie niż wmawiać sobie, że jestem zdrowa choć ledwo chodzę..
Mam tylko nadzieję, że Dzidziuś na tym nie ucierpi. Jutro kolejna wizyta u lekarza dla pewności, że nic mi w płucach nie świszczy. A poza tym.. Świętujemy pierwszy dzień urlopu!!!
czwartek, 13 marca 2014
Co to?!
Budzimy się wczoraj po średniej nocy.. ubieramy Lile, a po chwili patrzymy.. krostki.. dziwne pokrzywkowe krostki. Pomyślałam, że może jakiś mol się zalęgł w ubranku, więc ją przebrałam. Za jakiś czas krostki w brzuszka zniknęły a pojawiły się na plecach. Przestraszyłam się..
Zawieźliśmy Lusie do teściów i pojechaliśmy na USG. Spóźnieni prawie 40 minut.. ale co tam. Zawsze wytłumaczeniem w takich sytuacjach jest dziecko. Kładę się na łóżko, pan dr bardzo niedelikatnie zaczął jakieś dziwne badanie, po którym cała zesztywniałam.. ale po chwili przyszła ogromna radość. Dzidziuś się przekręcił! w KOŃCU GŁOWA JEST WE WŁAŚCIWYM MIEJSCU! Także jest szansa na upragniony poród naturalny!! JEee!!!
Mężu zdaje mi relacje w ciągu dnia z rozwoju pokrzywki.. pojawia się i znika, co rusz w innym miejscu.. Nie wiadomo co to, czy wirus, czy alergia, czy różyczka... oby mi nic nie zaszkodziło.. wieczorem córcia zaczęła się drapać.. brzuszek czerwony, plecki zaognione.. nie ma wyjścia, tylko jechać do szpitala. Poszło sprawnie, bez kolejki i bez większego płaczu. Diagnoza: pokrzywka wirusowa, wapno i zyrtec i powinno przejść. I tak też się stało. Po nocy nie było śladu krostek.. Oby już nie wróciły..
poniedziałek, 10 marca 2014
Noce
Był taki fantastyczny czas w życiu naszej córci, że zdarzało jej się przespać noc.. czyli tak od godz 21 do 4. Najpiękniejsze noce od jej urodzenia.. Przed tym, budziła się baaardzo często najczęściej z przeraźliwym płaczem, którego nic nie było w stanie ukoić. Po wizycie u lekarza, po zrobionych badaniach, usystematyzowaliśmy jej dzień, przełożyliśmy ostateczną godz. spania na właśnie 21 i po kilku takich dobach zdarzało jej się dobrze spać. Jednak nie trwało to długo, choć zdążyłam się wyspać i zacząć racjonalnie myśleć w ciągu dnia. Czasem budziła się w nocy, przekładaliśmy ją do naszego łóżka i często spała nawet do godz.9. Jednak ostatnimi czasy..... od położenia do łóżeczka do północy potrafi budzić się 6 razy. A to smok wypadnie, a to pić a to nie wiadomoco! Najczęściej wtedy krzyczy NIE.. na wszystko co jej się zaproponuje. Jak już zostanie przełożona do małżeńskiego łoża to i tak płacze, i tak się wierci, i tak jej nic nie pasuje. A ludzie się dziwią jak ja się mogę denerwować na takie maleństwo. Przecież ono nie jest niczemu winne. Ale co mnie dziwi mówią to też matki.. Czy ich dzieci są/były idealne? Spały, nie marudziły? Czy po prostu ja mam na tyle mało cierpliwości i rozumu, żeby to jakoś przetrzymać.. Proszę o wybaczenia, ale nie wyobrażam sobie nie denerwować się na moją córkę, kiedy nie wiem o co jej chodzi, kiedy wydaję mi się, że niczego jej nie brakuje a mimo to słyszę ciągłe marudzenie..
i to okropne, wszędzie rozbrzmiewające NIEEEE.
niedziela, 9 marca 2014
Zaczynamy!
Zabieramy się już od kilku miesięcy za założenie bloga, w którym opisywalibyśmy z mężem przełomowe, ważne, codzienne, radosne, smutne wydarzenia z życia naszych Małych Cudów. Jeden nasz Cud ma prawie rok i 9 miesięcy, drugi siedzi w brzuszku i mamy nadzieje, że pojawi się w maju :)
Wiem z opowieści rodziców, teściów, że większość wydarzeń z tych wczesnych miesięcy, lat życia dzieci zwyczajnie odchodzi w zapomnienie.. czego sobie na chwilę obecną nie wyobrażam. Ale wiem, że za jakiś czas, co raz więcej chwil po prostu zniknie z pamięci. Dlatego też chcemy je opisywać, uwieczniać na zdjęciach, w ogromnej ilości filmików.. żeby jak najwięcej wspomnień pozostało.
W końcu plany zaczęły się urzeczywistniać! Najtrudniejsze było wymyślić nazwę! I tu z pomocą przyszła nasza Lilianka... po zapytaniu jaką nazwę bloga proponuje, powiedziała właśnie dzidziś.. a tak mówi na maleństwo w brzuszku, więc niech tak zostanie :)
Wiem z opowieści rodziców, teściów, że większość wydarzeń z tych wczesnych miesięcy, lat życia dzieci zwyczajnie odchodzi w zapomnienie.. czego sobie na chwilę obecną nie wyobrażam. Ale wiem, że za jakiś czas, co raz więcej chwil po prostu zniknie z pamięci. Dlatego też chcemy je opisywać, uwieczniać na zdjęciach, w ogromnej ilości filmików.. żeby jak najwięcej wspomnień pozostało.
W końcu plany zaczęły się urzeczywistniać! Najtrudniejsze było wymyślić nazwę! I tu z pomocą przyszła nasza Lilianka... po zapytaniu jaką nazwę bloga proponuje, powiedziała właśnie dzidziś.. a tak mówi na maleństwo w brzuszku, więc niech tak zostanie :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)



