Do dziś, każde wyjście do kościoła było dla nas wielką radością. Lila czuje się tam bardzo swobodnie, przeważnie siedzi sobie na schodach przy ołtarzu i tam sobie patrzy na wszystkich strojąc różne miny a czasem przybiega do nas, klepie po nogach i wraca na schody. Nam msze mijają ekspresowo, bo Lusia sprawia, że ciągle jesteśmy nią zajęci, ludzie się do nas i do niej uśmiechają, teoretyczni,e wszyscy są zadowoleni. Ciotki, koleżanki podziwiają ją, że jest taka spokojna i nie krzyczy, i nie marudzi, i nie biega, i nie chodzi po całym kościele.
Aż tu dzisiaj, z okazji Wielkiego Tygodnia postanowiłam iść sama z Lilą na mszę w ciągu dnia, na której jest przeważnie jakieś 10 osób. Jak zwykle mała siedziała sobie na schodach. W trakcie modlitwy wiernych zaczęła sobie tupać nogą.. ksiądz przerwał modlitwę i z pełną powagą spytał jak córka ma na imię i poprosił ją o nie stukanie. Wcięło mnie. Zebrało mi się na płacz.. No ale nic. W końcu nic takiego się nie stało. Po mszy, jak już wszyscy wyszli, ja ubieram Lusię do wyjścia, podszedł do nas proboszcz i powiedział, że to już czas nauczyć dziecko jak ma się zachowywać w kościele (rok i 10 m-cy) i że takie jej chodzenie przeszkadza starszym paniom a on się nie może skupić...................................
Gardło ściśnięte, zaniemówiłam.. porównywał jeszcze ją do jakichś dwóch diablic, które kiedyś wariowały po kościele... Nie mogłam ogarnąć o co mu chodzi. Ksiądz, który jest tak przyjazny dzieciom, który zawsze zagaduje....
Jak tylko wyszłam wybuchnęłam płaczem.. Co mam robić? Nie chodzić do kościoła? Trzymać Lilę na rękach przez całą mszę? Męczyć ją uspokajaniem? Tylko co tu uspokajać.. Zawiodłam się..
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz