Budzimy się wczoraj po średniej nocy.. ubieramy Lile, a po chwili patrzymy.. krostki.. dziwne pokrzywkowe krostki. Pomyślałam, że może jakiś mol się zalęgł w ubranku, więc ją przebrałam. Za jakiś czas krostki w brzuszka zniknęły a pojawiły się na plecach. Przestraszyłam się..
Zawieźliśmy Lusie do teściów i pojechaliśmy na USG. Spóźnieni prawie 40 minut.. ale co tam. Zawsze wytłumaczeniem w takich sytuacjach jest dziecko. Kładę się na łóżko, pan dr bardzo niedelikatnie zaczął jakieś dziwne badanie, po którym cała zesztywniałam.. ale po chwili przyszła ogromna radość. Dzidziuś się przekręcił! w KOŃCU GŁOWA JEST WE WŁAŚCIWYM MIEJSCU! Także jest szansa na upragniony poród naturalny!! JEee!!!
Mężu zdaje mi relacje w ciągu dnia z rozwoju pokrzywki.. pojawia się i znika, co rusz w innym miejscu.. Nie wiadomo co to, czy wirus, czy alergia, czy różyczka... oby mi nic nie zaszkodziło.. wieczorem córcia zaczęła się drapać.. brzuszek czerwony, plecki zaognione.. nie ma wyjścia, tylko jechać do szpitala. Poszło sprawnie, bez kolejki i bez większego płaczu. Diagnoza: pokrzywka wirusowa, wapno i zyrtec i powinno przejść. I tak też się stało. Po nocy nie było śladu krostek.. Oby już nie wróciły..
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz