No i nastał ten czas.. W piątek 23 maja byliśmy na ktg u Malarkiewicza.. po konsultacji z niezbyt zainteresowanym lekarzem już kompletnie zgłupieliśmy czy mam czekać na poród sn czy cesarkę.. data umówiona. Jutro godz. 9. W między czasie pożarliśmy się potwornie, zrobiłam sobie spacer speed żeby nie pozabijać wszystkich dookoła, byłam zdenerwowana okrutnie. Poszliśmy spać bez słowa. Nie mogłam zasnąć. Poszłam do toalety, położyłam się.. a tu czuje.. MOKRO! Północ. Budzę Marcina, mówię, że mi wody odeszły. A on na to, czy może się nie posiusiałam.. wstałam, powiedziałam mamie. No wyraźnie coś ze mnie kapało. Potem zaczęły się bóle jak przy miesiączce. Co 7 minut, potem co 5, 4. Zadzwoniłam do szpitala, kazali przyjeżdżać. Na miejscu zalewam podłogę, niestety nie ma żadnego postępu. To pierwsza faza, która może trwać w nieskończoność. Ciśnienie oczywiście skoczyło.. Kazali się rozpakować w pokoju.. niestety dwójka..
Z racji ciśnienia i nadal dłuuugiej szyjki zaproponowali, żebym jednak zdecydowała się na cesarkę. No cóż.. chociaż wody mi odeszły, więc już nie jestem taka najgorsza... cdn
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz